Byłem ostatnio w depresyjnym nastroju. Książkowy splin, który w liceum usprawiedliwiał stany depresji wydawał mi się czymś namacalnym. Zawsze wyśmiewałem realistyczne reagowanie na zbyt emocjonalne fazy. Koleżanka, która kolekcjonowała znicze i na każdej imprezie miała próby samobójcze, była dla mnie przykładem całkowitego zagubienia.
Zawsze uważałem siebie za opanowanego i spokojnego człowieka, niskie tętno powodowało, że nawet najbardziej stresująca sytuacja była tylko kolejną przeszkodą do pokonania. Całkowite rozklekotanie emocjonalne było dla mnie czymś wstydliwym, dlatego mój stan depresji, próbowałem ukryć. Do czasu. Podczas święta pierwszego listopada na widok zniczy rozpłakałem się. Znicze uświadomiły mi krótkość istnienia, przemijalność człowieka. Znicze wydalające światło do nieba były sygnałem, że mój czas jest ograniczony. Nie wytrzymałem, łzy popłynęły mi szerokim strumieniem. Rodzina na początku myślała, że znicze wywołały u mnie stan tęsknoty po zmarłej babci. Było jednak inaczej, znicze spławiły że moja depresja ujrzała światło dzienne. W konsekwencji, po kilku tygodniach rodzice postanowili zaczerpnąć porady lekarze, nikt jednak nie przypuszczał, że zwykłe znicze staną się dla mnie furtką do leczenia.
Brak komentarzy.
Dodawanie komentarzy zostało zablokowane.